środa, 24 marca 2010

Urbangolf - sport miejski

Lecą iskry, a żelazo rozgrzane jest do czerwoności - to typowy obrazek z... partyjki golfa. Ale nie tego w białych kołnierzykach, tylko jego miejskiej odmiany.

Bartek Idzik ma 24 lata. Na co dzień w równiutko wyprasowanych spodniach w kancik, koszulce z kołnierzykiem i w białych rękawiczkach uczy biznesmenów poprawnych uderzeń kijem golfowym na polu w Wilanowie. - Ale środowisko golfowe jest tak małe, że jesteśmy na bieżąco ze wszystkimi nowinkami - mówi. - Historia urban golfa zaczęła się właśnie od tego, że pewien Anglik chciał się wyrwać ze snobistycznego klubu i zaczął grać na ulicach - opowiada Bartek, który też pewnego dnia wybrał się z kolegą do opuszczonej fabryki w Ursusie. Zagrali w turbo golfa - jedną z odmian golfa alternatywnego.


Pan Literka nestor golfa


- Obowiązują takie zasady, jak sobie sami wymyślimy - opowiada Bartek. W turbo gra się na czas. Kto pierwszy z punktu A trafi w punkt B - czyli na przykład zbije szybę w oknie. - Po takiej partyjce główkę kija (część którą się uderza piłeczkę - red.) miałem startą do połowy i rozgrzaną do czerwoności - opowiada.


- To bywa niebezpieczne - zauważa Michał Berger, który wraz z grupą kolegów grywa od roku. - Piłka leci z prędkością 150 km/h. W fabryce łatwo o rykoszet, a piłka jest naprawdę twarda - mówi.


Ale turbo golf to tylko jedna z odmian. 31-letni Marcel z kolegami grywa w urban golfa. - Zresztą nazywajcie to, jak chcecie. Nazw jest mnóstwo i nie są najważniejsze - mówi Marcel, który pierwsze piłki odbijał u swojej mamy w ogrodzie. - Zakopałem plastikowe kubki i miałem dołki - opowiada. A potem trafił do Berlina na pole "Pana Literki". - To był starszy człowiek, mieszkał na squacie. Handlował metalowymi literkami na pchlim targu. I miał na squacie pole. Jeden z dołków był w obudowie starego telewizora, inny w puszce po granatach - wspomina Marcel, który po powrocie zaraził pasją swoich kolegów.


Spacerek z kijem


Używane kije kupili na bazarze staroci na Kole. Teraz spotykają się wieczorami. Na przykład na dachu kamienicy na Mokotowie. - To idealny dodatek do grilla i piwa - mówią. Inny sposób gry to poruszanie się po mieście i obijanie piłeczki. - Trzeba uważać na przechodniów i samochody - podkreśla Marcel, który wędrował już z kumplami z Bielan na Podzamcze. Teraz planują pokonać trasę od pomnika Lotnika na lotnisko, ale po pasie zieleni oddzielającym jezdnie Alei Żwirki i Wigury.


Marcel podkreśla, że nie ma nic przeciwko tradycyjnym golfistom. - Kiedyś zadzwonił do mnie jakiś dziennikarz i pyta, przeciwko czemu protestujemy. A tu nie chodzi o żadną ideologię. Tu chodzi o zabawę - mówi.